Feeds:
Wpisy
Komentarze

Wszystkich świętych…

Straszne dni nastąpiły. Człek musi łazić po nekropoliach i patrzeć na te groby obładowane jak półki sklepowe na tydzień przed Bożym Narodzeniem. Cóż, taki zwyczaj. Ludzi tłum przeciska się pomiędzy rdzewiejącymi krzyżami, taszczą znicze i kwiaty, gaworzą, snują się mętnie i – niezmiennie – śmierdzą (choć przyznać trzeba, że niektórzy i nawet na to święto potrafią główkę dokładnie wyżelować, to dopiero fenomen). Dla większości 1 listopada to wspaniała okazja do spotkań rodzinnych w doborowym towarzystwie umarlaków. Stoją nad grobem i w najlepsze dyskutują kto co i dlaczego wśród żywych wyczynia. Co poczynisz? Jedyna taka okazja w roku na spotkanie. Czepiam się, bo i ma to niby być dzień zadumy i rozmyślań. Cóż, jak kto woli, dla mnie w równym stopniu dobrze duma i rozmyśla się na stadionie podczas meczu (a na meczu polskiej ligi to już w ogóle do dumania warunki świetne, bo tłok mniejszy).

Co jeszcze należy zrobić 1 listopada oprócz wydumania i rozmyślenia się? No, wypada zapalić znicz i może jaki kwiatek ostawić. Ale, że człowiek z natury przewrotny jest, wystawia zniczy piętnaście, na pół metra każdy, brakuje tylko, co by tenże znicz strzelał ogniami, falował i wygrywał smutne pieśni. A do tego jeszcze pół plantacji kwiatków. A potem dziw, że kto z grobu te ozdoby wykradł. Stara robinhoodowa zasada działa nadal, mimo upływu lat – temu kto za dużo ma, trzeba zabrać. Bo gdyby na grobie jeden znicz stał, to i ukraść byłoby wstyd.

No, ale piętnaście zniczy w cudny wzór się układa na marmurowej płycie. W ogóle, to święto stworzyło lobby producentów zniczy, to pewne. Biznes lepszy niż na Halloween. A kontynując, te groby nasze, to takie brzydkawe są, zauważyli wy? I za bardzo mnie się kojarzą z Faraonami. Ale tamci przynajmniej rozmach mieli. U nas to co? Wstawi się kawał paskudnej płyty, krzyża strzeli i gotowe. To nie wygląda schludnie. Jeden da wielkiego, drugi wyrobi sobie większego, a trzeci to jeszcze większego, żeby tamtych dwóch nawet i po śmierci zawstydzić. A tam dalej biedniejsze, bezpłytowe i kopczyki… No i wychodzi w końcu, że jeden grób włazi na drugi, tak że przejść się nie da bez wykonywania ekwilibrystycznych uników. A alejka tylko jedna, główna. Reszta rozrzucona jak se kto dołek wykopie. Tak współczesny cmentarz wygląda.

A słyszeli wy w ogóle? Za miejsce na jednym warszawskim cmentarzu dać trzeba trzy tysiące złotych, ale jak się chce mieć post mortem lepsze sąsiedztwo, to już trzeba zapłacić tysięcy pięć. Jak widać, lepsze i gorsze dzielnice nawet po śmierci są. Acz, to nie wszystko jeszcze – jak człek sobie jeszcze przed zgonem zapragnie zakupić taką działeczkę, będzie musiał wyłożyć dwa razy więcej! A jeszcze do tego księdza doliczyć, co to, choć charytatywną z założenia ma robotę, coś tam pod sutannę weźmie i robociznę dla kopaczy… Ja jakbym zmarł dziś, to bym rzekł dzieciaczkom swoim (a może wnukom to już?) żeby za te pieniądze kupili sobie używany samochód jaki, a mnie wozili w bagażniku.

Ale zostawmy samego 1 listopada, bo i w tym samym czasie wiele się mówi o napływie tych wstrętnych zwyczajów z zachodu. Halloweenów, czy innych fanaberii. Bo to, jak udowodnione jest naukowo, wypala mózgi dzieciom i sprawia, że wpadają w sidła szatana. Halloween propaguje okultyzm i namawia, żeby dzieciaczki wywoływały Hitlera w piwnicy i zjadały kotom jelita. Udowodione naukowo, rozumiecie. Oczywiście to jest stanowisko ekstremistów i wypranych umysłowo w drugą stronę. Inni, ci co bardziej są racjonalni, twierdzą, że napływ zwyczajów z zachodu niszczy naszą polską tradycję. Ja tak zagadnę tradycyjnie – WTF? No tak, nasza polsko-katolicka wspaniała tradycja. Nie wolno jej niszczyć, bo to jest wtedy niszczenie nas samych i naszej tożsamości. No, tak… To ja wam powiem jaki najgorszy zwyczaj przywędrował do nas z zachodu – chrześcijaństwo. I to owo chrześcijaństwo zniszczyło nam nasze wspaniałe tradycje. Powinniśmy teraz wszyscy wyznawać Światowida i skakać przez ognisko w noc Kupały, o! Tak jest! Tradycja nie może zginąć! Światowid wracaj!

Komiksy #2



Komiksy



Czas płynie, ludzie się starzeją, zagrożone gatunki zwierząt wymierają, John Lennon wciąż nie żyje a świat dalej czeka na bezpośredniego spadkobiercę serii Fallout. Lecz oto po dziewięciu długich latach cierpień na horyzoncie pojawia się światełko niczym blask latarni morskiej na rozszalałym od sztormu morzu. Hura! – zakrzyknęła załoga – Jeszcze tylko rok i Fallout powróci!

(Ostrzegam – tekst ten pełen jest domysłów, półsłówek, skrótów myślowych i chorych założeń autora. Pewno niewiele z tego co tu stoi wypisane sprawdzi się, ale wyobrażenie to budowane jest w oparciu o informacje, które są dostępne w chwili obecnej.)

Może i dla tych żrących czipsy, burgerowo-otyłych amerykańskich właścicieli koncernów elektronicznej rozrywki dziesięć lat to mało. Może i pięć kłapnięć paszczą więcej bądź mniej w celu pożarcia kolejnej dawki burito nie robi dlań różnicy. Ale… Nie no, w sumie mają rację – lepiej się nażreć. Uh, miał być jakiś tekst moralizatorski skierowany w stronę tychże przebrzydłych kreatur, ale akurat nic mi do głowy nie przychodzi. Może tylko pocieszenie, że Fallout 3 wyjdzie za rok bo na Fallouta 4 czekać będziemy z pewnością lat pięćdziesiąt.

Historia tego projektu jest dość długa i poruszająca. To historia o miłości i nienawiści, bólu i cierpieniu. To opowieść o ósmym prezydencie Stanów Zjednoczonych, którego zadusił nieudolny zarząd firmy Interplay. Van Buren miał być tym na co czekają wszyscy fani, fanatycy i faniątka. Wystarczy zapytać o to pierwszego lepszego zapalonego wielbiciela Fallouta a ten na jednym wdechu wyrecytuje jaki to wspaniały byłby F3 gdyby dokończyło go Black Isle i zarazem wytknie wszystkie błędy, potknięcia i kłamstewka Bethesdy (ciekawe czy potrafią to także wspak i po rumuńsku… Pewnie też). No, ale wszyscy wiemy jacy są fanatycy…

Otóż to, dla większości fanów Fallouta nadchodząca kontynuacja nie będzie Oficjalnym Spadkobiercą Kultowej Serii. Dlaczego? Bo nie i już. Argumenty? O, proszę! ‘Bethesda nie potrafi zrobić Fallouta’, ‘Fallout nie w rzucie izometrycznym to nie Fallout’, ‘może i zrobią dobrą grę, ale bez klimatu Fallouta’. Są dwa wyjścia – mówiący takie rzeczy posiadają nadzwyczajne zdolności profetyczne, albo po prostu zrzędzą i marudzą, a co czynić lubią wszyscy. Przez wiele miesięcy o Falloucie 3 było cicho, jednak wrzawa na nowo wybuchła z początkiem czerwca, kiedy do Bethesda opublikowała w internecie (z niemałymi problemami technicznymi oczywiście) teaser swej najnowszej produkcji. I znów zaczęły sypać się przekleństwa, wyzwiska i modlitwy do pradawnych bóstw.

Nie to, żeby znowu był to kiepski filmik. W pełni zbudowana na silniku gry pokazówka dla mas może się podobać. Przyznam jednak szczerze, że mnie osobiście nie porwała, a moja szczęka nawet nie drgnęła – choć pewno w założeniach twórców miałem jej szukać gdzieś pod biurkiem. Plusem jest zatrudnienie Rona Perlmana w charakterze narratora oraz piosenka The Ink Spots “I Don’t Want to Set the World on Fire” w tle. To ukłon w stronę starych fanów serii. Ukłon, który jeden z nich na pewnym forum określił – mówiąc mniej kolokwialnie – podlizywaniem się. I zrozum tu takich. W każdym razie po tym filmiku, który pokazując niewiele objawił istotę rzeczy – pokazał na jakiego Fallouta 3 się doczekamy. Było już w stu procentach pewne, że w tym F3 będziemy bawić się z perspektywy pierwszej osoby, będzie miał dużo wspólnego z Oblivionem i będzie rozgrywał się na terenach zabudowanych wschodniego wybrzeża. I strach przeszył wszystkie fanowskie mózgi i móżdżki na myśl o The Elder Scroll V: Fallout (bądź Oblivion: Fallout). Od tamtej pory w zasadzie większość informacji o tym tytule to plotki, gdybania i nieoficjalne wypowiedzi.

Głównym założeniem Bethesdy jest dotarcie z produkcją pod strzechy zarówno fanów jak i graczy nowych, którzy nie mieli kontaktu z Falloutem dziesięć lat temu. Dlatego antycypuję, iż twórcy dużo uwagi poświęcą oprawie graficznej by skłonić tych ‘nowych graczy’ do zakupu Fallouta 3. Zapewne będzie także wiele uproszczeń i skrótów jeżeli chodzi o fabułę, ale to pozostawmy na przyszłość – gdy o historii zawartej w F3 będziemy wiedzieć coś więcej. Bo dziś co możemy o niej powiedzieć? Nasz bohater(/ka) wychowany(/a) w schronie 101 wypełza z niego po wielu latach w celu odnalezienia swego ojca, który pewnego dnia wyszedł na spacer i już nie wrócił. Animowany przez gracza hero spędził w krypcie dokładnie lat dziewiętnaście, które to nie są dla nas latami straconymi, bowiem przedstawione zostaną w formie interaktywnego samouczka. Wczesne dzieciństwo to opanowanie interface’u, okres młodzieńczy zaś służyć będą do kreacji charakteru i cech specjalnych naszej postaci. Trzeba przyznać, to dość obiecujący pomysł.

W poprzednich dwóch Falloutach każdy napotkany podczas wędrówki człowieczek miał coś do powiedzenia – możliwe to było dzięki temu, iż kwestie takie, które nic nie znaczą dla fabuły, wyświetlane były nad głowami tychże postaci – nie istniała potrzeba nagrywania danej wypowiedzi przez aktorów. A teraz spójrzmy jak to wyglądać będzie w ujęciu pierwszoosobowym. Wyjście znane z poprzednich części nie wchodzi w grę. A nagrywanie wszystkich tych tekstów nie znalazłoby pokrycia budżetowego – zajęłoby to zbyt dużo czasu i pochłonęło tyleż samo pieniędzy. Dlatego też pewno anonimowy młodzieniec stojący przy wraku samochodu będzie mówił “Jestem zajęty”, a podstarzały mężczyzna siedzący w barze odburknie nam tym samym głosem “Jestem zajęty”. I tych anonimowych postaci będzie dużo mniej, aby nie frustrować grających. A w dużej mierze w poprzednich Falloutach zaczepianie nieznajomych osobników było jedną z fajniejszych spraw – bo zasadniczo każdy miał coś innego do przekazania, jakiś dowcip tudzież ciekawostkę.

Bethesda wielokrotnie zaznaczała, że jeśli jesteśmy przeciwni zmianom w Falloucie, to najnowsza część spod ich spracowanych rąk nam się nie spodoba. Mądre stwierdzenie, szczególnie jeśli brać pod uwagę fakt, iż podobieństw pomiędzy Falloutem 2 a 3 jest naprawdę niewiele. To zupełnie nowa jakość. Można by w zasadzie zmienić tytuł z Fallout 3 na Shadow of Atomic Bomb i by nikt nie niczego nie zauważył. Ale może się mylę? Dokładnie potwierdzi się to dopiero to jesienią przyszłego roku. Dużą odmianą jest na pewno przesunięcie obszaru rozgrywki z zachodniego wybrzeża na wschód, w okolice Waszyngtonu. Co jak co, ale obszar megalopoils nie można zaliczyć do pustkowi. Już pomijam fakt, że gry w konwencji FPP nie cierpią pustki, toteż już wymażmy z pamięci wędrówki po mapce świata i niespodziewane ataki przerośniętych skorpionów pośród nieprzyjemnych dla życia jaskiń i załomów górskich. I tu następuje kolejny zgrzyt – miasto po wybuchu (niech będzie że jednej) bomby atomowej. Zrujnowane i opuszczone, pełne niebezpiecznych stworzeń i wrogo nastawionych ludzi. Hm, Stalker wyszedł przecież parę miesięcy temu.

Ambiwalentne uczucia budzić może także V.A.T.S., czyli namiastka tego co zostało z turowych pojedynków znanych z przeszłości. Bo jak zrobić tury w FPP? V.A.T.S. ma być tym rozwiązaniem właśnie. Tyle, że jest to po prostu zwykła aktywna pauza, która pozwala w każdej chwili zatrzymać akcję i zaplanować dalsze poczynania. Możemy wybrać czy celować w oczy napotkanej bestii, może w korpus, albo po prostu bohatersko uciec w podskokach z pola bitwy. Jak to się sprawdza, i czy w ogóle ma to cokolwiek z praktyczności zobaczymy może dopiero z chwilą publikacji filmu prezentującego gameplay Fallouta 3.

Ze spraw ważnych pozostaje jeszcze kwestia zakończenia – na chwilę obecną planowane jest od dziewięciu do dwunastu różnych rozwiązań linii fabularnej. Jednak nie wiadomo, czy zakończenia te będą otwarte jak w poprzednich częściach, gdy każdy najmniejszy czyn wpływał na to co mieliśmy zobaczyć po finałowym starciu, czy też przyjmą formę jaką oglądamy w innych grach na co dzień – sztywne i niezmienne sekwencje zależne od sposobu rozgrywki. Obawiam się też, że przejście całej gry bez wystrzelenia ani jednego pocisku w stronę wroga nie będzie wyjściem możliwym. Bethesda wspomina jak na razie tylko o tym, iż Fallouta 3 uda się ukończyć ‘bez oddania Wielu strzałów’. Będzie można też prowadzić skryty tryb życia skradając się i przemykając za plecami przeciwników.

Co nie zmienia faktu, że Fallout 3 będzie głównie nastawiony na akcję. Eksplodujące głowy, fruwające flaki, odrąbywane członki… Jak za dawnych czasów. Brutalność i nieprzyjazność świata ma zostać w pełni zachowana, a i również linie dialogowe zawierać będą masę niewybrednego słownictwa, ot jako miły prezent-niespodziankę dla purystów językowych. PEGI oceni to pewnie na 60+ i jedynie za pisemną zgodą obojga rodziców… Trudno w takiej sytuacji będzie można mówić o klasycznym cRPG, a już bliższym prawdzie będzie określenie F3 jako action-RPG bądź nawet w skrajnym przypadku, nie bójmy się o tym mówić, hack’n’shlasha (jeno z bronią palną zamiast białej). To ostatnie raczej mało prawdopodobne, ale nie wykluczajmy z góry, że nie możliwe. Kto wie jak dalece posuną się twórcy (wyznający szatana, jak to wszyscy związani z przemysłem growym) w swych amoralnych zapędach?

Swego czasu Game Informer dostał wyłączność na artykuł o Falloucie 3. Bogacie opisują tam produkcję załączając screeny z samej gry. Skany z tego numeru GI dostępne były na stronie traktującej o Falloucie – No Mutants Allowed. Ale po kilku dniach czasopismo zażyczyło sobie, aby skany owe usunąć. A Bethesda milczy. Hm… Dodatkowo ktoś mi swego czasu doniósł ploteczkę, jakoby Bethesda koncentruje się na Falloucie 4, a trójka to tylko faza przejściowa – by przetrzeć szlaki – toteż może być produkcją niewystarczająco udaną. Jeżeli tak myślą naprawdę, to gratuluje i radziłbym zakupić bilety na Grenlandię na ten przykład. Może tam nikt rytualnie nie zamorduje i nie zje ich zwłok (bo już na takiej Antarktydzie jest dużo pingwinów, wśród których mogą się znaleźć fani Fallouta. To zawsze jakieś ryzyko.)

W umyśle Briana Fargo zrodziła się zaś inna idea. Mianowicie ów pan zapragnął reanimować protoplastę wszystkich Falloutów – grę Wasteland. A że całkiem przypadkiem posiada doń prawa autorskie, to upraszcza znacznie sprawę. I to właśnie tenże Wasteland ma, jego zdaniem, być Jedynym i Prawdziwym Spadkobiercą Serii. A niech sobie go robi chłopina, co mu żałować będziemy… Bo jeżeli nie Fallout 3, nadzieją na przyszłość pozostanie właśnie Wasteland…

No ale cóż tu dużo gadać – Fallout 3 nie będzie tym, czym były poprzedniczki, to pewne. Pytania pozostają – czy Fallout 3 dorówna swoim poprzedniczkom? Czy zachowa ich klimat, grywalność i swoistą miodność? Czy FPP sprawdzi się i z powodzeniem zastąpi sprawdzony rzut izometryczny? Czy Bethesta poradzi sobie z podjętym wyzwaniem? Nie da się teraz na to odpowiedzieć i nie będzie się dało tego uczynić co najmniej do jesieni 2008 roku. Czekajmy więc.

A na koniec parę screenów z Van Burena, tak by pokazać czym Fallout 3 na pewno Nie Będzie.

29 czerwca, Przemysław Bryk dla zinu Intro (ekskluzywna prapremiera)


Ot i wypada mi powitać czytelników na kolejnym spotkaniu z serii “Narzekania na rzeczywistość” dziś jednak myśl przewodnia krążyć będzie wokół spraw nieco bliższych internautom pozostawiając zarazem prawdziwe życie nieco na uboczu. A co tymże tematem będzie? Mądre głowy pewno już wyrywają się do odpowiedzi wykrzykując “Photoblogi, photoblogi”. I świętą mają rację. Banana im dać!

Dziś jednak dość nowatorsko, a zarazem nietypowo, jak dla naszych kolejnych spotkań. Bowiem, aby nie było zbyt nudnawo, sam tekst uzupełniać będą żarciki bądź humoreski w obrazkowej formie – minikomiksu zwanego dumnie paskami. Na tychże paseczkach przedstawiam kolejne przygody dwójki bohaterów o dość odmiennych charakterach. Postać pierwsza to Filozof – filozof samozwańczy, wiecznie zasępiony i zadumany (ten ze znakiem tedonizmu na koszuli), jego przeciwieństwem zaś jest nie kto inny jak Młodzieżowiec – człeczek, który za cel swej marnej egzystencji obrał osiągnięcie stanu czystej młodzieżowości. Jak wyszedł ten graficzno-artystyczny eksperyment? Sami się przekonacie czytając dalej. (Swoją drogą długo zastanawiałem się nad formą przedstawionych pasków. Z początku wybrałem miedzioryt, ale jakoś wyniki z zastosowaniem tej techniki mnie nie zadowalały, toteż ostatecznie wybrałem klasycznego Photoshopa.)

Ale wracając do dzisiejszego meritum – swego czasu internet nawiedziła katastrofa w postaci intensywnego rozwoju polskiej blogosfery. Miesiącami wszyscy blogowali, pisali posty, wystawiali komentarze… Każdy kto chciał być uważany za młodzieżowego blog posiadać musiał, a na nim skrupulatnie spisywać powinien ’szydery’ dnia codziennego. Internauci posiadający więcej niż jedną komórkę odpowiedzialną za myślenie wznieśli okrzyki – Jakże to tak? Toż to samo dno! Szczyt idiotyzmu! Esencja głupoty!… A mimo tych lamentów i skarg blogi niedorozwiniętych emocjonalnie dwunastolatek mnożyły się, dwoiły i troiły. Istoty o intelekcie ameby komentowały sobie nawzajem kolejne notatki. A każdy chciał mieć jak najwięcej komentarzy, to fakt – bo kto ma ich mało, ten buc i kierowca autobusu. Już pomijam fakt, iż średnia długość życia przeciętnego bloga wynosi dwa miesiące – a bo nazwa głupio wybrana, a bo komentarzy mało – to i nowego blogaska sweet girl sobie założyć musi.

W tym czasie nawet wyewoluował nowy gatunek człowieka – homo sapiens pokemonus, którego łatwo poznać po SphEsssYFiSshhhhNyMMM PiiiSSHHHmnnnnnnieee, zdolności kojarzenia faktów na poziomie rybki akwariowej i po całkowitym ignorowaniu wszelkich zasad ortografii. Ale to był dopiero początek, oto bowiem okazało się, że posiadanie bloga wcale nie czyni z nas osoby młodzieżowej (!). Od tego pamiętnego dnia wszyscy młodzieżowi ludzie świata ogłosili – Kto jeszcze młodzieżowym być chce, PHOTObloga musi mieć. I wyemigrowała część populacji pokemonów z blogów na sfery wyższej świadomości – do photoblogów. Do wspaniałej, genialnej wręcz, fuzji obrazu i tekstu. Tylko cholercia, dlaczego? Nie mogli po prostu, ot jak dinozaury, wyginąć?

Bo spójrzmy na ten cały photoblog. Cóż to takiego? Czemu to ma służyć? Ukazaniu aparycji autora? Od tego wszak fotka.pl jest. Że niby mam wgrać fotkę z meeelanshu i się chwalić tym? Kto co lubi. Ale niby dlaczego uważać trzeba, że photoblog to zaraza internetu? Ano, bo miast koncentrować się na członie Photo- większość zachowała stare nawyki brnąc nieustannie w końcówkę -blog. I faszerują odwiedzających wynaturzeniami i ogólnie głęboko podszytą durnością swoich treści.

Te całe ‘notki’ pod zdjęciami… Pfhr. Po przeczytaniu jednej mam już dość photoblogów na dwa tygodnie. Z resztą, to jedyna słuszna reakcja w tego typu przypadkach. Bo i wszystko zaczyna się solidnym przywitaniem nieświadomego błędu internauty najczęściej w formie “shcehhe sieieeemmaaa” albo czegoś równie głupiego by później wciągnąć czytelnika w swoje chore gierki i wydarzenia z minionego dnia (które oczywiście przyozdabia zdjęcie najczęściej nie mające nic do rzeczy). Im dalej w las, tym drzew więcej – pośród szyder i wiadomo-o-co-kamanów, kminku (dzisiejsza młodzież najwyraźniej za dużo pochłania tej przyprawy, wszystko tylko kminią, rozkminiają…) i melanży (ponoć tak już się nie mówi, ja tam nie wiem) czuję się jak zabalsamowany wiecznie żywy Lenin na imprezie dla trzynastolatków. No i przychodzi rychłe zakończenie w stylu “noo wtedy to się bd dopiero działo aaaaa:D heheheheh:Doo i teraz sobie siedze:Dgadamna gg:Dze słodziakami:Di Yari właśnie do mnie dzowni:DNo nic styka:D”. A po tym już pozostaje po ‘notatką’ wiersz z morałem na kształt “zamykam mój mały świat, w ktorym zawsze czuję sie jak patyk!” (przykro mi, ale to przykład wzięty z życia). A człek dalej siedzi jak ta antylopa w fotelu starając się poskładać to co przed chwilą przeczytał i nadać temu jakikolwiek kształt bądź odnaleźć w tym ociupinkę sensu. Przykro mi, ale tego się nie da. Może to trzeba czytać wspak? Co trzecią literę? Czy to ten osławiony kod Leonadra da Vinci? Może to jest nieprzetłumaczalne?

A gdy widzę to wszystko razem z fotografiami, na których autorzy tych wypocin robią z siebie idiotów wizualnie mam ochotę zniszczyć całą planetę wraz ze wszystkimi gatunkami, tak aby przypadkiem dżdżownice kiedyś nie wyewoluowały na wyższy poziom intelektualny i same nie zaczęły produkować photoblogów. O tak, naprawdę ciężko się przemierza meandry internetu osobom o destrukcyjnych zapędach… Dość ciekawą sprawą też są komentarze pod, niech że to ujmę w miarę mało kolokwialnie – “tym wszystkim”. W większości zbudowane są z dwóch głównych części składowych – wstępu w postaci “Sweet focia”/“Spoko fotencja” i zakończenia “wpadnij do mnie”/“wbijaj do mnie”. No, ale czego oczekiwać po planktonie umysłowym? I ogarnia mnie smutek, cóż to wyrośnie z takiej nam dziatwy? Ale zarazem pojawia się radość nie do opisania – dostaną durnie to na co zasłużyli, nic w swoim sweet-żywocie nie osiągną. I jest sprawiedliwość na świecie!

A tak na koniec teraz – nie to, żebym był przeciwny photoblogom tudzież blogom klasycznym – o nie! Tylko człowieczki zwyczajne, czyńcie te swoje fanaberie, ale z mózgiem. Z mózgiem ludziska! …Hm. Przyznam sam, że to dziwny i dość chaotyczny wpis był… Ale co, inni mogą to i ja tesh, o!

(Ps. Dwójka przezabawnych bohaterów komiksu zapewne jeszcze nie raz powróci przy okazji kolejnych mych wywodów. No, chyba że wcześniej Ziemia przestanie się kręcić, a Słońce zgaśnie… Ah! Niemal bym zapomniał. Na sam koniec końców, już nawet po peesie… Oto ono, zdjęcie przystojnego Kołduna!)


Przystojniak Kołdun

Goła baba, o.

O, tak aby przypomnieć o sobie i wzbudzić kontrowersje – dziś zdjęcie całkiem nagiej kobiety. Może to i przekracza granicę dobrego smaku, ale co mi tam. Czego to się nie robi dla popularności.

Kto interesuje się wszechświatem? Gwiazdami i galaktykami? Obcymi cywilizacjami? Nieskończonością? Ledwo garstka. Reszta ma to w poważaniu nie sięgając wzrokiem ponad wieżowce i bloki z wielkiej płyty. Jak kury, które co prawda nie wiedzą co kryje się za płotem, ale nie bardzo się tym interesują, bo tutaj jest jedzenie. I kogut. A sama sprawa istot pozaziemskich (nie przepadam zbytnio za słowem “kosmici”) – gdy się już o nich wspomni niejeden rozlega się głos: “Wierzysz w to? To przecież dla dzieci.” Ale potępianie ignorancji pozostawmy na inną sposobność.

Otóż dzisiaj chciałem się zająć rozważaniami na temat właśnie tychże obcych form życia. W popkulturze dość często przewijał się obrazek sympatycznego, małego, zielonego człowieczka z parą czułek na głowie i ewentualną trąbką zamiast nosa. Cholera wie kto wymyślił tę bzdurę, wszak najczęściej pośród relacji rzekomych spotkań tudzież porwań otrzymujemy coś zgoła innego – szarą postać, z wielką głową i wyłupiastymi oczyma. Od czasu do czasu napotyka się na jaszczuroludzi, bądź wysokich, humanoidalnych blondynów – nordyków kojarzonych z aniołami. Nie kwestionuję tych relacji, acz zarazem nie twierdzę, iż są prawdziwe (pomijam już przyczyny tego – choroby psychiczne, halucynacje, widzenia rzeczy, które się chce zobaczyć, działania obcych mocarstw etc.). Pytanie jest następujące – czy to wszystko, na co stać wszechświat? Czy to wszystko, na co stać naszą wyobraźnię?

Z pewnością nie. Najwidoczniej tak.

Pierwsza odpowiedź oczywiście nie była prosta, wszak nie mam najmniejszej pewności o tym, co kryje choćby nasza galaktyka. O tyle drugie pytanie jest dość banalne. A czemuż to? Ano z tego faktu, iż umysł ludzki nie jest w stanie wyjść poza ramy rzeczywistości, którą zna. Stanisław Lem pisał o tym choćby w “Solarisie” – we wszechświecie już dziś szukamy planet piaszczystych jak Sahara, mroźnych jak bieguny, bądź wilgotnych jak las równikowy – wszystko odnosimy wyłącznie do tego, co już znamy. Nie potrafimy sobie wyobrazić, że tam pośród miliardów gwiazd może istnieć coś Innego. Coś, czego jeszcze nie widzieliśmy. Coś, co umyka naszemu wąskiemu rozumowaniu.

Dlatego też nasze wyobrażenie istot pozaziemskich jest tak marne i ubogie. Uważamy, że oni muszą być podobni do nas – przecież człowiek jest na szczycie ewolucji na Ziemi, więc i ich ewolucja musiała przejść w ten sam sposób. Kosmita (a niech stracę) musi mieć nogi, ręce i oczy. Ale niby, dlaczego? Przecież wszechświat jest tak ogromny, iż kryć może dziwactwa z naszych najgorszych koszmarów, zawierać setki nieznanych nam zjawisk fizycznych, pierwiastków…

Każdy człowiek jest na pewien sposób ograniczony, gdyż w różnym stopniu nie potrafi wybiec myślą poza rzeczy, które zna. Dlatego też w zasadzie żadna wizja przyszłości nie sprawdziła się w stu procentach. I właśnie, dlatego żadna wizja istot pozaziemskich nie sprawdzi się w stu procentach. Ale to nie powód by trwać ciągle przy wyobrażeniu klasycznych humanoidów. Wszechświat jest na tyle skomplikowanym organizmem by wykreować najdziwniejsze (a zarazem jak najbardziej normalne) twory. Ot choćby wyobraźmy sobie planetę pełną rozumnych, pipczących kamieni (wpadł na ten kontrowersyjny pomysł człek istniejący jedynie w mojej głowie – a podpisywał się wtedy imieniem Kassube, bip!). Powiecie, że niemożliwe. Niby czemu?

Otóż to, przedstawiciel obcej cywilizacji nie musi mieć rąk, nóg, głowy i oczu. Jego ciało nie musi bazować na białku. Co powiecie na zbudowane z siarki i cyny przerośnięte ślimaki komunikujące się ze sobą za pomocą fal radiowych? (są dość wybuchowi i potrafią się nieźle napalić na nowe technologie, więc lepiej nie używać przy nich zapałek) Patyczaki z tytanowym egzoszkieletem orientujące się w trzech wymiarach za pomocą jonizacji powietrza? Przeźroczyste stwory unoszące się w powietrzu przypominające bańkę mydlaną?

Ja sam nie potrafiłem się obejść bez porównań do rzeczy mi już znanych, co widać. Ale spójrzcie – eksploracja kosmosu może przynieść więcej niespodzianek niż można by się tego spodziewać. I jak u diaska te bańki mydlane się rozmnażają?

Starsze wpisy »