Tedonia – tedi.u2.pl

sierpień 15, 2009

Zaszufladkowany do: Blog — Przemysław Bryk @ 10:16 pm
Tags:

Tak, jak widać, teraz już nie będzie żadnych pseudoartystycznych form wyrazu. Wygrzebuję z mojego archiwum opowiadania, które z czasem tutaj wylądują. A trzeba wam wiedzieć, że większość nie była publikowana wcale, więc nie będzie nikt musiał czytać kolejny raz tego samego śmiecia. Do sztućców, towarzysze!

ero
Coby nie być gołosłownym.

październik 5, 2009

Ostatni pociąg z Wrocławia

Zaszufladkowany do: Opowiadania — Przemysław Bryk @ 8:47 am
Tags: , , ,

Za oknem szaro-brązowawy świat zwalnia swój bieg, zaczyna płynąć coraz wolniej i wolniej. Pociąg zatrzymuje się wreszcie na swoim peronie. Znamy wiele peronów w wielu częściach kraju. Większość jest niemal identyczna. Jakimś cudem wygrzebuję z pamięci, że ten jeden właśnie jest peronem wrocławskiego dworca. Stoimy we dwóch bacznie przy samym wyjściu, nie spiesząc się na zewnątrz. Nasz (a właściwie już ex-nasz) pociąg za kilka chwil ruszy w dalszą podróż. Do Jeleniej Góry. Lecz my się tam dziś nie wybieramy. Wreszcie R. przełamuje się. Otwiera drzwi i tryumfalnie stawiamy swe stopy na peronowym betonie. Zwinnym krokiem przeskakuję grubą białą linię. Tę samą, której zabrania się pasażerom przekraczać w chwilach poprzedzających przyjazd pociągu. Zewnętrzny świat, świat pozapociągowy, zdaje się być sceną z filmu, którego tytułu nie potrafię sobie przypomnieć. Jest w jakiś sposób nierealny. Zupełnie jakby reżyser kazał nałożyć brązowy filtr na obiektyw kamery chcąc zobrazować w ten sposób właśnie trwającą jesień. Nawet szary zazwyczaj peronowy beton nabrał brązowawych odcieni. W oddali wyczuć można zbliżający się zmierzch, a jakby tego było mało zanosi się na deszcz. Ten jesienny, niemrawy i ciągnący się godzinami. Ten monotonny i z jakąś nieuchwytną nostalgią stukający w szyby okien i parapety. Ja i R. lubimy taki deszcz. Nadaje on naszej podróży jakiś magiczny sens, tworzy emocjonalnie przytulne chwile. Rozglądam się dookoła. Wszyscy ludzie pochowali się w podziemnych przejściach. Tylko my dwaj w ciemnoszarych płaszczach nieugięci trwamy dalej na peronie. Brakuje nam tylko kapeluszy a wyglądalibyśmy jak bohaterowie filmu noir wyreżyserowanego w sepii. Zastanawiam się z którego peronu odjeżdża nasz następny pociąg. Powinien być już lada chwila. Pomkniemy nim dalej, by zatrzymać się na kolejnym, niemal identycznym dworcowym peronie. Rzucam okiem na zegarek. Jeszcze czas. Dajemy się więc pożreć żywcem otchłani schodów podziemnego przejścia. Na dole również ani żywego ducha. Mijamy zawieszone pod sufitem białe tablice. Peron 4… Peron 3… R. zatrzymuje się przy dużej, przeszklonej tablicy z odjazdami pociągów na wszystkie strony kraju. Z trudem odnajduję ten nasz. Spoglądam ponownie na zegarek. Coś jest nie tak. Według tablicy za trzy minuty nasz pociąg nie będzie już naszym pociągiem. Czuję ten strach. Pojawia się zawsze z obawą przed spóźnieniem. W jakiś niepojęty sposób czuję, że od zdążenia na ten pociąg zależą także nasze życia. Że świat się kończy, a my skończymy się razem z nim. Jeśli nie wskoczymy do wagonu na czas pochłonie nas nicość. Dosięgnie nas niebyt. Tylko czy ten niebyt ściga nas umyślnie? A może zwyczajnie pochłania kolejne fragmenty rzeczywistości i kończy, tak jak jesień, wszelkie życie? W tym samym momencie, gdy wbiegamy na peron rozlega się donośny gwizd oznajmiający rychły odjazd naszego pociągu. Gdzieś tutaj niedaleko, może i nawet na tym samym peronie, zginął Cybulski wskakując do odjeżdżającego wagonu. Wyobraziłem siebie w takiej samej sytuacji, tyle że w mojej własnej chwili w czasie. Na szczęście udaje się nam wyjść bez szwanku, ja i R. jesteśmy w środku. Znów udało się oszukać koniec świata. Może tym razem nas już nie odnajdzie…

Ostatni wagon tego składu jest w zwyczajowym kolorze nieświeżej zieleni. W jego stronę kierujemy swe kroki. Przedzieramy się przez zaspane korytarze raz po raz zaglądając do mijanych przedziałów. Mam się na baczności i jednym okiem kontroluję przyspieszający krajobraz po drugiej stronie. Sprawdzam czy dalej tkwimy w tej samej rzeczywistości, a kolej nie wiedzie nas w nieznane nam światy. Nie, żebym miał cokolwiek przeciwko. Najzwyczajniej w świecie chcę być na bieżąco z wydarzeniami, by nie dać się w banalny sposób zaskoczyć. Nie dzielimy naszej podróży z wieloma osobami. Pojedyncze osobniki zajmują kolejne fotele. Zawartości kilku przedziałów szczelnie chroni zapora z brązowych firanek. Tych z wyszytą na nich nieskończoną ilością skrótu PKP. Z rzadka tylko trafia się na niewielką szczelinę, przez którą można zajrzeć do takiego odizolowanego mikroświata. Niemniej, żelazna kurtyna zarzucona na całość przedziału oznacza, że w środku zaszyło się kilku drzemiących pasażerów, szajka zbójów napadających na karawany albo jakieś mityczne potworzysko (chimera taka będzie dobrym przykładem). W każdym z tych wypadków nie ma sensu szukać tam miejsca dla nas dwóch. W przedostatnim wagonie na korytarzu napotykamy na tajemniczego mężczyznę. Nostalgicznie wpatruje się w przemijające domy i drzewa. Do dolnej wargi ma przyklejony dymiący papieros. Nie rozmawiamy z nim. Wydaje się być zaabsorbowany swoim własnym jestestwem. Z resztą, kto zaczepia ludzi na pociągowym korytarzu? Kolejny wagon jest całkowicie pusty. To dobrze dla nas. Przed wybraniem własnego przedziału ja i R. najpierw udajemy się na sam koniec składu, by stanąć przy tych ostatnich drzwiach, ostatniej granicy dzielącej naszą rzeczywistość od tej zmiennej i ulotnej rzeczywistości na zewnątrz. Gapimy się przez zaokrąglone okienko na uciekające spod kół stalowe szyny. Jeszcze przelotne spojrzenie na wielkie litery zawieszone na dachu dworca układające się w dwa słowa – WROCŁAW GŁÓWNY. Jeżeli mnie pamięć nie myli, w nocy świecą się one na niebiesko. Wciągam do nozdrzy specyficzny zapach chemikaliów używanych w pociągowych toaletach. Tych o dość wątpliwym standardzie.

(więcej…)

wrzesień 15, 2009

Deus otiosus

Zaszufladkowany do: Opowiadania — Przemysław Bryk @ 1:54 pm
Tags: , , , , ,

III

Czas spowolnił swój bieg. Zaczął płynąć spokojnie jak rzeka pośród nizin. Już nie był tym samym czasem co u początków swego istnienia. Żwawym, wartkim, nieustannie drążącym w skale istnienia strumieniem. Teraz rozlał się na nieskończone połacie wszechrzeczy i rozciągał się coraz bardziej z każdym swym momentem bycia odmierzanym przez samego siebie. Ogromnym uproszczeniem zawsze było nazywanie czasu linią rozwijającą się w nieskończoność. Czas był czymś trudnym do uchwycenia i zobrazowania. Teraz, choć słowo teraz jest słowem zupełnie nie pasującym do stanu obecnego, stał się siłą jeszcze mniej jasną i zrozumiałą. ‘Teraz’ wiele rzeczy miało niejasny sens. Wszystko zaczynało rozpływać się w nicość wraz z wszelką logiką. Wraz ze świadomością, która mogłaby tę logikę dostrzec i zrozumieć.

I byłem także ja. A potem, jeżeli jakakolwiek chronologia ma teraz sens, przestałem być. Stałem się czymś, co mogło koegzystować wraz z czasem. Koegzystować świadomie tego faktu. Czym się stałem? Nie wiem. Pamiętam jeszcze takie określenie jak ‘śmierć’. Ponoć ją udało mi się oszukać. Kiedyś miałem cielesną formę. Ale formy cielesne mają to do siebie, że szybko się zużywają i trzeba często szukać nowego odzienia dla świadomości. Z czasem odpuściłem sobie kolejne marne skóry. Miałem dość narodzin pod niebieskimi nadolbrzymami, żółtymi karłami, czerwonymi i błękitnymi olbrzymami. Miałem dość umierania będąc wpatrzonym w czerwone nadolbrzymy, pulsary, brązowe karły i fioletowe podolbrzymy. Przestałem być częścią tej nieszczęsnej materii, której przekleństwem jest wieczna niestałość. Wieczna? To kolejne ze słów. Energia. To czym się stałem? Całkiem możliwe. Nie ma to jednak większego znaczenia. Zacząłem trwać wraz z wszechświatem. Stałem się jego integralną częścią. Przez cały ten… czas widziałem wiele. Starania i cele wielu istot, przypominały mi siebie kiedy jeszcze byłem. Ta ich naiwność, żądza, ciekawość. Dokonywali wielu czynów, które mnie zdawały się irracjonalne. Choć pewnie na ich miejscu sam bym ich dokonał. Jednak mnie już nie było. A dzięki temu jestem nadal.
(więcej…)

wrzesień 5, 2009

Trzecia sekunda wieczności

Zaszufladkowany do: Opowiadania — Przemysław Bryk @ 7:14 pm
Tags: , , , , , ,

I

Mam uszkodzony statek, mój myśliwiec trzeciej klasy. Nic na to poradzić nie mogę. Z mojej eskadry przetrwałem tylko ja, tak mnie się zdaje. To była krótka wymiana ognia. Namierzyli nas i zlikwidowali zupełnie bez problemu. Mój obły kosmiczny pocisk z trudem, trzeba przyznać niemałym, ale pozwolił wyrwać się ze szponów śmierci. Czy mogłem coś zdziałać, by uratować kogokolwiek z pozostałych? Pewnie nie. Ale wciąż nie daje mi to spokoju. Zwyczajnie uciekłem? Można to i tak nazwać. Choć… Ja żyję. Oni nie. Już tego nic nie zmieni. Nic nie odwróci kolei rzeczy, które dokonały się niemal w samo południe czasu uniwersalnego. Południe, rzecz jasna, to już wyłącznie nazwa umowna. Sam nie pamiętam już kiedy ostatni raz postawiłem swe stopy w polu grawitacyjnym jakiejś planety. Ale nie mogę teraz nad tym się rozwodzić. Problemem jest sprawa zgoła inna. Tym razem zwycięzcą był nasz przeciwnik, ale jeszcze się na nim odegram. Na pewno. Pomszczę moją eskadrę. Muszę tylko dotrzeć do statku matki, mojego lotniskowca. Muszę przedrzeć ogromną odległość się unikając zupełnie moich wrogów. Statek stracił wiele energii, dlatego nawet pojedynek jeden na jeden skończyłby się dla mnie najprawdopodobniej tragicznie. Tylko jak uda mi się przedrzeć zupełnie niezauważonym? To nie będzie proste, będę musiał się postarać.

Jedynym wyjściem dla mnie jest skierować swój kurs na niebezpieczne tereny, gdzie nikt przy zdrowych zmysłach by się nie zapuścił. Ale to nie pozwoli mi czuć się spokojnie. Wiedzą, że przeżyłem. Będą mnie szukać. Nie odpuszczą, nigdy nie odpuszczali. Szykują się do większego ataku, a pozostawienie mnie przy życiu będzie zniweczeniem ich długo opracowywanego elementu zaskoczenia. Mogłem podkopać cały ich plan. Na pewno już jakiś czas temu wykryli widmo pozostawione przez mój myśliwiec. Teraz śledzą mnie wyczekując na ten jeden moment, w którym nie będę się niczego już spodziewał. Ale to ja ich tym razem zwiodę! Ha. Nie spodziewają się, że ja będę bardziej przebiegły. W okolicy znajduje się czarna dziura, zwana bodajże Krukiem. Chyba najbardziej niebezpieczne ze zjawisk, na jakie może napotkać kosmiczny podróżnik. Jeśli podejdzie się zbyt blisko… Cóż. Biada tym, którzy to uczynią. Nawet światło nie ma takiej szybkości by wydostać się z tego piekła. Ja nie mam wyjścia. Będę musiał przelecieć tuż obok niej. Jak najbliżej horyzontu zdarzeń jak to możliwe. Ale na tyle daleko, bym mógł uciec nie narażając się na pożarcie przez nienasyconego potwora.

(więcej…)

Następna strona »

Blog na WordPress.com.