Kraina Chichów
październik 13, 2006 autor tedeward
Twierdzą, że “Kraina Chichów” to najwybitniejsze dzieło pisarza Jonathana Carrolla. Sam poprzeć (bądź zdementować) tego nie mogę, gdyż owa “Kraina…” to jedyna książka amerykańskiego literata, jaką dane mi był przeczytać.

Tak czy inaczej, powieść ta z początku wydawać może się nieciekawą. Oto pewien nauczyciel postanawia napisać biografię swojego ulubionego pisarza, udaje się więc do miasteczka, w którym idol spędził ostatnie lata swego życia. Sytuacja zaczyna się komplikować w chwili gdy bohater rozpoczyna poszukiwania mniej znanych faktów związanych z tymże osobnikiem. W pewnym momencie odkrywa coś strasznego, a zarazem niebywałego… Dość powiedzieć, że kobieta z latawcem zamiast głowy to jedna z łagodniejszych niezwykłości jakich doświadcza bohater.
Carroll zadaje nam pytanie czy wszystko co tworzymy, piszemy (a nawet myślimy) to tylko nic nie warte skupiska literek i obrazów? A może dzieła nasze istnieją gdzieś tam żyjąc własnym życiem? Jeżeli to prawda, to czy jest to wspaniałe czy straszne?
“Krainę Chiców” czyta się szybko i łatwo, a każda kolejna strona powieści jest ciekawsza od poprzedniej. Mniej więcej od połowy, gdy fabuła zaczyna się rozwijać coraz szybciej, bardzo trudno oderwać się od lektury i powrócić do obowiązków życia codziennego.
Nie warto. Nudne. ;]
Biorąc pod uwagę założenia “Teorii M”, istnieje nieskończona ilość nieskończonych możliwości nieskończonej ilości wszechświatów, nie da się wymyśleć świata, który by już nie istniał.
Nie.
Tak.
Nos fletopiana.