Deus Irae
luty 25, 2007 autor tedeward
Philip K. Dick [»] to niewątpliwie jedna z najbardziej znaczących dla fantastyki naukowej osobistości - twórca masy znakomitych opowiadań, nowel i powieści. Niektóre dzieła Dick’a zostały przeniesione na ekrany kin zdobywając wiele nagród (m.in. “Blade Runner” z Harrisonem Fordem, “Pamięć Absolutna” z Arnoldem Schwarzeneggerem czy “Raport Mniejszości” z Tomem Cruise w roli głównej) i w kilku przypadkach zdobywając miano kultowych. Dziś chciałbym przedstawić książkę napisaną przez niego razem z Rogerem Zelaznym [»] - innym znamiennym twórcą science-fiction - czyli “Deus Irae”.

Opowiedziana tu historia z początku mogłaby zdawać się dość schematyczna - oto bowiem niemal cały świat legł w gruzach po wojnie jądrowej, którą przetrwały nieliczne istoty, w tym ludzie, tworząc małe, rozproszone społeczności. Cała niezwykłość polega na tym, iż w jednym z małych miasteczek - Charlottesville w stanie Utah - rodzi się dość dziwaczna idea. Opiekun tamtejszego kościoła Sług Gniewu nakazuje beznogiemu i bezrękiemu Tiborowi McMastersowi - lokalnemu malarzowi - namalować fresk przedstawiający samego Boga Gniewu - Carletona Lufteufluta, człowieka(?) który doprowadził do wspominanej wojny nuklearnej. Problem w tym, iż nikt nie wie jak on wygląda, toteż Tibor zaprzęga do wózka swoją krowę i udaje się na pielgrzymkę poprzez zniszczony świat by go odnaleźć i zrobić mu zdjęcie. Na jego drodze stają najróżniejsze stworzenia - mutanty oraz oszalałe maszyny, które najwyraźniej nie zauważyły końca panowania ludzkości.
Zaiste sam zarys historii pokręcony i zabawny, jak z resztą cała książka. “Deus Irae” w zamyśle autorów miała być opowieścią obrazoburczą, jednak, bądźmy szczerzy, nie widać tego zbytnio czytając kolejne rozdziały. A fakt czczenia kogoś, kto zniszczył świat, przynajmniej dla mnie, nie jest czymś kontrowersyjnym. Ale nie wpływa to na samą przyjemność z czytania, gdyż ta nadal jest ogromna i naprawdę trudno jest przewidzieć, co Dick i Zelazny zgotują bohaterom w kolejnym akapicie.
Szkoda tylko, że książka kończy się tak szybko – wszak moje wydanie miało nieco ponad dwieście stron, które wręcz wchłonąłem jak tyranozaur mięso po miesięcznej diecie wegetariańskiej. Gorąco polecam (tak jak i z resztą każdą książkę, bo przecież czytać warto) fanom twórczości postapokaliptycznej jak i zwykłym czytaczom. Wertowanie “Deus Irae” na pewno nie będzie czasem straconym.
Ja chce więcej tekstów!!!!! WIĘCEJ!!!
On podobno kiedyś stwierdził, że nie ma Lema; że grupa komunistów pisze te książki a nie Lem. Nie wierzył, że ktoś może mieć taką wiedzę.
Tja, to samo, tylko, że lepiej:
winix.fm.interia.pl/ksiazki/dies.html
Dupa Dick. Choć jeżeli tak, to dupa również Zelazny. Autor tekstu nie zwraca uwagi na to, że książka bardziej prezentuje pokręcony styl Zelaznego (podobieństwo do “Stworów światła i ciemności”) niż psychodeliczny Dicka. Myślę tu o samym zamyśle, bo dość łatwo podzielić powieść na pióra poszczególnych autorów.
Wszakże gniew na mnie spływa z innego powodu - ano z onej dupy. Wstęp traktuje o Dicku, by jedynie w ostatnim zdaniu wspomnieć-mruknąć o imć Zelaznym (tylko dlatego, że Spielgberg go nie lubił? modestii nie masz, Ted). Nie mam tu na myśli względów patriotycznych (ów Zelazny ma korzenie polskie, a jakże), ale fakt, że pisarz wśród współczesnych - mimo dalej sięgającej wyobraźni (acz o nierównym poziomie twórczości) - jest regularnie pomijany, przynajmniej w tym bardziej fanowskim towarzystwie. A takie dzieła jak “Amber”, “Pan Światła” czy “Imię jego Legion” bądź wspomniane “Stwory…” - książki odmienne od dokonań dickowskich - to jak z bicza Nietzschego strzelił klasyka s-f. Zaległości, Tedas, nadrobić i zrównać w prawach Zelaznego z Dickiem! Emancypcja, ot co!
Właśnie w tym sęku jest pies pogrzebany, że o Zelaznym nie wiem nic. A Dicka chociaż i się książkę jakąś przeczytało oprócz tejże opisywanej. Wolałem nie pisać nic, niż kopiować coś z wikipedii.
Prawda jest taka, że Żelazny nawymyślał jakichś stworów niestworzonych, głupkowatych wręcz, a Dick nadał całej tej głupkowatości głębi. Bo nie wierze, by to Żelazny wymyślił głównego bohatera i cel jego wędrówki, nie wierze też, by on opisał samego boga gniewu i jego paranoidalne wizje… Wydaje mi się, że gdyby powieść napisał sam Dick było by z tego jedna z jego popisowych powieści, a tak mamy mieszankę dwóch stylów przyjemną wprawdzie w czytaniu, ale momentami irytującą. O!
Ale się kłócą ;]