Za oknem szaro-brązowawy świat zwalnia swój bieg, zaczyna płynąć coraz wolniej i wolniej. Pociąg zatrzymuje się wreszcie na swoim peronie. Znamy wiele peronów w wielu częściach kraju. Większość jest niemal identyczna. Jakimś cudem wygrzebuję z pamięci, że ten jeden właśnie jest peronem wrocławskiego dworca. Stoimy we dwóch bacznie przy samym wyjściu, nie spiesząc się na zewnątrz. Nasz (a właściwie już ex-nasz) pociąg za kilka chwil ruszy w dalszą podróż. Do Jeleniej Góry. Lecz my się tam dziś nie wybieramy. Wreszcie R. przełamuje się. Otwiera drzwi i tryumfalnie stawiamy swe stopy na peronowym betonie. Zwinnym krokiem przeskakuję grubą białą linię. Tę samą, której zabrania się pasażerom przekraczać w chwilach poprzedzających przyjazd pociągu. Zewnętrzny świat, świat pozapociągowy, zdaje się być sceną z filmu, którego tytułu nie potrafię sobie przypomnieć. Jest w jakiś sposób nierealny. Zupełnie jakby reżyser kazał nałożyć brązowy filtr na obiektyw kamery chcąc zobrazować w ten sposób właśnie trwającą jesień. Nawet szary zazwyczaj peronowy beton nabrał brązowawych odcieni. W oddali wyczuć można zbliżający się zmierzch, a jakby tego było mało zanosi się na deszcz. Ten jesienny, niemrawy i ciągnący się godzinami. Ten monotonny i z jakąś nieuchwytną nostalgią stukający w szyby okien i parapety. Ja i R. lubimy taki deszcz. Nadaje on naszej podróży jakiś magiczny sens, tworzy emocjonalnie przytulne chwile. Rozglądam się dookoła. Wszyscy ludzie pochowali się w podziemnych przejściach. Tylko my dwaj w ciemnoszarych płaszczach nieugięci trwamy dalej na peronie. Brakuje nam tylko kapeluszy a wyglądalibyśmy jak bohaterowie filmu noir wyreżyserowanego w sepii. Zastanawiam się z którego peronu odjeżdża nasz następny pociąg. Powinien być już lada chwila. Pomkniemy nim dalej, by zatrzymać się na kolejnym, niemal identycznym dworcowym peronie. Rzucam okiem na zegarek. Jeszcze czas. Dajemy się więc pożreć żywcem otchłani schodów podziemnego przejścia. Na dole również ani żywego ducha. Mijamy zawieszone pod sufitem białe tablice. Peron 4… Peron 3… R. zatrzymuje się przy dużej, przeszklonej tablicy z odjazdami pociągów na wszystkie strony kraju. Z trudem odnajduję ten nasz. Spoglądam ponownie na zegarek. Coś jest nie tak. Według tablicy za trzy minuty nasz pociąg nie będzie już naszym pociągiem. Czuję ten strach. Pojawia się zawsze z obawą przed spóźnieniem. W jakiś niepojęty sposób czuję, że od zdążenia na ten pociąg zależą także nasze życia. Że świat się kończy, a my skończymy się razem z nim. Jeśli nie wskoczymy do wagonu na czas pochłonie nas nicość. Dosięgnie nas niebyt. Tylko czy ten niebyt ściga nas umyślnie? A może zwyczajnie pochłania kolejne fragmenty rzeczywistości i kończy, tak jak jesień, wszelkie życie? W tym samym momencie, gdy wbiegamy na peron rozlega się donośny gwizd oznajmiający rychły odjazd naszego pociągu. Gdzieś tutaj niedaleko, może i nawet na tym samym peronie, zginął Cybulski wskakując do odjeżdżającego wagonu. Wyobraziłem siebie w takiej samej sytuacji, tyle że w mojej własnej chwili w czasie. Na szczęście udaje się nam wyjść bez szwanku, ja i R. jesteśmy w środku. Znów udało się oszukać koniec świata. Może tym razem nas już nie odnajdzie…
Ostatni wagon tego składu jest w zwyczajowym kolorze nieświeżej zieleni. W jego stronę kierujemy swe kroki. Przedzieramy się przez zaspane korytarze raz po raz zaglądając do mijanych przedziałów. Mam się na baczności i jednym okiem kontroluję przyspieszający krajobraz po drugiej stronie. Sprawdzam czy dalej tkwimy w tej samej rzeczywistości, a kolej nie wiedzie nas w nieznane nam światy. Nie, żebym miał cokolwiek przeciwko. Najzwyczajniej w świecie chcę być na bieżąco z wydarzeniami, by nie dać się w banalny sposób zaskoczyć. Nie dzielimy naszej podróży z wieloma osobami. Pojedyncze osobniki zajmują kolejne fotele. Zawartości kilku przedziałów szczelnie chroni zapora z brązowych firanek. Tych z wyszytą na nich nieskończoną ilością skrótu PKP. Z rzadka tylko trafia się na niewielką szczelinę, przez którą można zajrzeć do takiego odizolowanego mikroświata. Niemniej, żelazna kurtyna zarzucona na całość przedziału oznacza, że w środku zaszyło się kilku drzemiących pasażerów, szajka zbójów napadających na karawany albo jakieś mityczne potworzysko (chimera taka będzie dobrym przykładem). W każdym z tych wypadków nie ma sensu szukać tam miejsca dla nas dwóch. W przedostatnim wagonie na korytarzu napotykamy na tajemniczego mężczyznę. Nostalgicznie wpatruje się w przemijające domy i drzewa. Do dolnej wargi ma przyklejony dymiący papieros. Nie rozmawiamy z nim. Wydaje się być zaabsorbowany swoim własnym jestestwem. Z resztą, kto zaczepia ludzi na pociągowym korytarzu? Kolejny wagon jest całkowicie pusty. To dobrze dla nas. Przed wybraniem własnego przedziału ja i R. najpierw udajemy się na sam koniec składu, by stanąć przy tych ostatnich drzwiach, ostatniej granicy dzielącej naszą rzeczywistość od tej zmiennej i ulotnej rzeczywistości na zewnątrz. Gapimy się przez zaokrąglone okienko na uciekające spod kół stalowe szyny. Jeszcze przelotne spojrzenie na wielkie litery zawieszone na dachu dworca układające się w dwa słowa – WROCŁAW GŁÓWNY. Jeżeli mnie pamięć nie myli, w nocy świecą się one na niebiesko. Wciągam do nozdrzy specyficzny zapach chemikaliów używanych w pociągowych toaletach. Tych o dość wątpliwym standardzie.
