Feed on
Wpisy
Komentarze

“Deszcze jesienne”

Już nie ma jesienią takich deszczy jak kiedyś,
Gdy poranki były zroszone od rześkiej mżawki,
Gdy krople wisiały na liściach przebarwnych
Z drzew spadających jeden za drugim.
I całe trawniki usłane mokrym dywanem
Czerwonego, żółtego, złota i brązu…

Kiedy znów wrócą czarne parasole,
Oblegane napaścią ze stalowej chmury?
I kałuże nabiorą tych najlepszych kształtów?
Kiedy znów przyjemnie będzie przebudzenie
Od dźwięków tortur deszczowych parapetu?

Wszystko tak barwne, choć wieszczące koniec,
Skaczący w kaloszach z kałuży w kałużę.
I zbierał liście, zbierał kasztany,
Szukał żołędzi i włoskich orzechów,
Piękny tak bardzo moment ostatni.

Kropla za kroplą sączył deszcz z nieba
i tworzył dzieła w chwilę samotną
spływając w strugach po szybach i dachach
Ile bym dał by wróciły te deszcze,
bo dzisiaj to tylko ciapa i ciapa.

“Deszczowy”

Stuk stuk stuk - deszcz uderza w parapet,
Próbuje przez szybę się przedrzeć,
Lecz nie da rady, bo w środku panuje sen.

Monotonnie wygrywany rytm,
Na instrumentach deszczowych,
Pozwala w sobie się skryć
I zapomnieć o spiekocie słońca.

Demony w swych leżach,
Nie chcą zmoknąć skacząc po dachach,
Czekają na wypogodzenie -
Aż chmury przegna wiatr,
Gdy znów ruszą ulicami miast.

Niewiele jest znaczeń deszczu,
Co nieprzelotny wisi ponad głowami
I ty je wszystkie znasz,
to tak między nami.

(Deszczowy surrealizm to rzecz,
jaką może poszczycić się każdy parasol.)
Tak na marginesie.
Bo koniec był już wyżej.

“Zniesienie świadomości”

Hitowe i kultowe (a jakże!) opowiadanie mego autorstwa! Ot, potajemnie i w najściślejszej konspiracji w tym tygodniu rozpocząłem pracę nad tym pierwszym, poważnym projektem. Oto wynik. Ów twór można zaszufladkować jako science-fiction, acz nie wiem czy nie bardziej skłania się ono w stronę fiction niż science. Ponadto, wiele innych elementów zawarto. Z resztą, czytajcie sami (jeżeli podołacie).

Zniesienie świadomości (pdf)
Zniesienie świadomości (doc)

“Teologia”

Pan Marian i Ahmed spierali się o wiarę,
Przytaczając jako argumenty opowieści stare,
O kimś, coś tam i kiedy,
To znowu potem, gdzie indziej czy wtedy.
Cytowali dogmaty, pisma, sobory,
Jeden drugiego, że zaślepiony i chory
Wyzywał i ośmieszał wierzenia kolegi,
Że zmyślone jak postać z gwiazdozbioru Wegi.
Wtem i wywiązał się pojedynek,
Na to czyj bóg ma silniejszy uczynek.
I kto uniesie siłą swej wiary
Kamień arbuza co miał wymiary.
No i się modlą, jęczą, stękają,
Na ziemi leżą, niebiosa błagają…
Lecz oto i wynik już mamy, niemal proroczy,
Pan Marian zwycięzca nieustraszony,
Kopnął Ahmeda prosto mu w krocze,
A kamień o włos nawet nie ruszony.

Wiersze pisane do poduszki,
Co żadnej nie macie wartości,
Czymże chciałybyście być i więcej?
Hm? Może jakim poematem?
Niedorzeczne.
Nic z was przecie nie zostanie,
Wyblakniecie wy wraz z czasem,
Zróbże więc łaskawie miejsce,
Na prawdziwą tu poezję!
Tych wspaniałych, co nie żyją,
Tych poważnych, co wciąż będą.
Idźcie precz brednie młodzieńcze,
I wróćmy do tego co spisane
w VI wieku już zostało.
I ponownie pod lupę weźmy
co już milion razy było brane.
(Bo to po prawdzie słuszne)

Patrzę przez okno, idzie tłum wspaniały,
Pytam kogo z dołu, co tam idzie człecze mały?
Drogi z góry mój sąsiedzie,
Pokonanych tłum ktoś wiedzie,
Bliżej podchodzę by to obadać,
Ewentualnie by z kim zagadać,
Co zobaczyłem mnie zaskakuje -
Tłumy poetów batem ktoś snuje!
Wnet tu zakrzykłem - To idą poeci!
Z gapiów odpowiedź - Daj panie spokój,
Toż to zwyczajni są wierszokleci!
Wziął ich kto wreszcie pod obcas, pod bata,
Czekamy jeszcze, aż sprowadzą im kata.
Zło.

Pan Józef z Warszawy mieszka w wielkiej płycie
I trzyma przed blokiem swojego trabanta.
Ma telefon, ma radio, wie która godzina,
Raz widział papieża na telebimie.
I codziennie jada ciepły posiłek,
Samo za niego robi się pranie.
W nocy ma światło, tak jak i za dnia
I czytał raz kisążkę, gdy pracy brakło.
Widział dwa zdjęcia wprost z Mauritiusa,
Słyszał o rzeczach wczorajszych z Hajnanu,
Gdy się też w ciepłej wodzie obmywał.
Pan Józef kiedyś obsłużył komputer,
Lecz woli bujać się w swym fotelu.
Bo - moi mili - przed telewizorem
Wciąż kamieniami ogień rozpala
I na swych ścianach obrazki maluje.

« Newer Posts - Starsze wpisy »